piątek, 6 kwietnia 2018

Bolonia vs arroz o patatas - Madryt w pigułce

Madryt, to kolejna stolica idealna na okołoweekendowy city break. W związku z moją oszczędnością urlopową, wybraliśmy czas wyjazdu na czwartek - poniedziałek (takie loty oferuje Ryanair z Poznania). Zachęcam Was do obejrzenia VLOGa z tej podróży, obejrzycie go TUTAJ.

W tym roku niestety nie mam szczęścia do pogody na wyjazdach, więc Madryt przywitał nas wietrzną, deszczową, kilkunastostopniową pogodą. Byliśmy na to jednak przygotowani i zwiedziliśmy to co chcieliśmy. Na szczęście jeden dzień był naprawdę słoneczny, więc udało też mi się zrobić ładne zdjęcia. 

Sam dojazd z lotniska do centrum pociągiem, a następnie przesiadka do metra. Jak dotrzecie do stacji z biletomatami zwróćcie uwagi na długość kolejek. Przy każdym urządzeniu jest to kolejka 20 osobowa, ale nam się udało wbić do biletomatu, gdzie było tylko kilka osób. Umiejętność wyjazdowa szczególnie się przydaje na wyjazdach zagranicznych. 😁Ważna informacja, że jeżeli zależy Wam na głównych atrakcjach to nie trzeba kupić żadnego biletu na komunikację - wszystko znajduje się blisko siebie (ok 15-20 minut spacerem). Mieszkanie mieliśmy w dzielnicy LAVAPIES (po bookingu okazało się, że jest to dzielnica imigrantów). Mimo naszych obaw, dzielnica okazała się spokojna, a mieszkanie idealne (wynajmowaliśmy z Airbnb). Zaletami lokalizacji były dwie stacje metra w pobliżu, a także Carrefour 24h, gdzie zaopatrzenie w Sangrie oraz Tinto de verano było wystarczające. 





Po przejęciu mieszkania umieraliśmy z głodu, więc poszliśmy szybko szukać coś do jedzenia. Jak tempo poszukiwań czegoś do zjedzenia i charakter dzielnicy, w której się znajdowaliśmy, wybraliśmy KEBAB z Kurdystanu. Problemem w Madrycie jest, że mało kto w knajpach mówi po angielsku, a na pewno nie w KEBABACH. Po próbie dogadania się, że chcemy pollo (hiszp. kurczak) z arroz o patatas, w końcu Pan nas obsługujący, wskazał czym jest to tajemnicze arroz, ponieważ z angielskiego rice nie bardzo rozumiał. Pomimo braku znajomości angielskiego Pana sprzedawcy, a naszej bardzo podstawowej wiedzy z hiszpańskiego, Pan "arroz o patatas" zagadywał o typowe turystyczne rzeczy. Informacja, że jesteśmy z Polski, bardzo mu się spodobała. Zaczął nam żywo tłumaczyć, że mięso które jemy, jest z Bolonii. Podziękowaliśmy mu, że tak dba o naszą świadomość żywienia i doceniamy to, ale on nie przestawał. Zrozumieliśmy jego determinację w momencie jak pokazał etykietę naszego kebabowego kurczaka "Pochodzi z Polski". W tym momencie do nas dotarło, że ta Bolonia to po prostu Polonia, i w ten oto sposób polecieliśmy na drugi koniec Europy zjeść kurczaka z Polski przygotowane przez Pana z Kurdystanu. Przed końcem dnia dotarliśmy jeszcze na dworzec kolejowy Madryt Atocha. To właśnie w tym miejscu w 2004 roku miał miejsce atak terrorystyczny. Przepiękny budynek z przeze mnie uwielbianej cegły i w środku z palmiarnią. Tak mi się skojarzyło w momencie wejścia, gdzie był ciepły powiew powietrza i charakterystyczny zapach. W środku spotkaliśmy drzewa, palmy, wodę i żółwie. MNÓSTWO ŻÓŁWI! Zobaczcie koniecznie! Dzień zakończyliśmy spacerem po pobliskich uliczkach.





















Piątek od rana pojechaliśmy na Santiago Bernabeu. Stadion, który zna chyba każdy, a jak nie nazwę stadionu, to nazwę gospodarza Real Madryt na pewno. Z takim umiejscowieniem stadionu się jeszcze nie spotkałam, wśród budynków, przy drodze wlepiony w miasto. Zdecydowaliśmy się na zwiedzanie całego obiektu - bilet kosztował 25 euro/os. Jeżeli jesteście kibicami, fanami, czy tylko sympatykami piłki nożnej to stadion jest punktem obowiązkowym wizyty w Madrycie. Drugim stadionem jest stadion Atletico Madryt. Klub ten niedawno przeniósł się do nowej siedziby, która mieści się bardziej za miastem. Oczywiście odwiedziliśmy oba stadiony Atletico - stary Estadio Vicente Calderon, klimatyczny, ale niestety nie było możliwości wejścia. Nowy, czyli Wanda Metropolitoano, mieliśmy okazję poznać w dniu meczu z Valencią. Na sam mecz nie poszliśmy, a klimat spod stadionu zdecydowanie słabszy niż w Polsce 😇 .



W pobliżu możecie zjeść tanią i smaczną pizzę za całe 3,90 euro! Knajpa nazywa się Pomodoro i stołują się tam głównie studenci. Po zaspokojeniu naszego głodu wybraliśmy się na arenę Las Ventas, czyli serce corridy w stolicy Hiszpanii. Z racji tego, że byliśmy w lutym to żadna corrida się nie odbyła, ale postanowiliśmy zobaczyć od środka słynną arenę. Po zakupie biletu 9 euro (studencki, taki otrzymaliśmy z racji tego że chcieliśmy wejść 30 minut przed zamknięciem) zobaczyliśmy na środku areny - ogromny namiot a w nim dzieci biegające i grające w piłkę. Oczywiście zniesmaczeni cofnęliśmy się do sprzedawcy i wywalczyliśmy zwrot za bilety, w związku z brakiem informacji o namiocie. Plusem tej wycieczki były posągi byków w ścianie co widać dobrze na filmiku (na samym początku macie link).


















Nie zważając na pogodę, koniecznie podczas weekendu w Madrycie musicie pospacerować po Parku Retiro. Park jest położony we wschodniej części stolicy Hiszpanii i można tam spotkać piękne fontanny, miejscowych grajków czy performerów. Główną atrakcją parku jest pomnik konny Alfonsa XII z jeziorem i pływającymi łódeczkami - coś dla romantyków! Łódki można wynająć - my ze względu na pogodę i wiatr odpuściliśmy. Oprócz w/w atrakcji znajdują się tam muzea, ale nie jestem fanką muzeów i zrezygnowaliśmy z ich odwiedzenia. Kiedyś park ten pełnił funkcję ogrodów królewskich, więc możecie się domyślić ze roślinność też jest bogata i na pewno park robi zdecydowanie większe wrażenie w sezonie wiosenno-letnim.















Kolejnym punktem wycieczki była Gran Via, czyli główna ulica Madrytu (każde miasto ma taką główną ulicę ze sklepami, w Poznaniu jest to Półwiejska 😆). Bardzo ładna panorama na centrum i Gran Via jest widoczna z El Corte Ingles z 9 piętra. Jest to takie centrum handlowe, gdzie na 9 piętrze znajdują się knajpki - warto przekąsić hot-doga z kalmarami! Jak już mowa o jedzeniu to nie można pominąć wizyty w 101 Montaditos, gdzie mamy do wyboru 101 mini kanapeczek z przeróżnymi dodatkami (polecam z oreo!). Warto wybrać się tam w środę lub niedzielę, ponieważ wszystkie wtedy kosztują 1 euro! Oczywiście, będąc w Hiszpanii obowiązkiem każdego jest spróbować churros, a szczególnie w Chocolateria San Gines.





















Po uzupełnieniu kalorii, czas na zwiedzenie Pałacu Królewskiego (Palacio Real de Madrid). Aktualnie jest dostępny głównie dla turystów, a dla Króla pełni tylko funkcję reprezentatywną. Obiekt ten można zwiedzać za 11 euro. My podziękowaliśmy za wejście do środka, a zrobiliśmy klasyczne zdjęcie i ujęcia sprzed Pałacu.






















Hiszpania jest krajem, do którego mam słabość od czasów gimnazjum (kiedy to było?) i wiedziałam, że do stolicy kiedyś pojadę. W końcu się udało i... troszkę się zawiodłam. Miasto bardzo ładne, zadbane place (bardzo ładny Plaza de Cibeles - to tam Real świętuje mistrzostwa, czy Puerta del Sol z symbolem Madrytu - niedźwiedziem), dużo zieleni, ale mimo wszystko czegoś mi zabrakło. Sama nie wiem czego. Jeżeli mam oceniać dwa miasta hiszpańskie, w których byłam to zdecydowanie Barcelona! 


Przekonajcie się jednak sami i dajcie znać, co Wy myślicie o Madrycie?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz