piątek, 27 kwietnia 2018

USA - Road Trip cz. II - Tydzień w mieście aniołów, Los Angeles.


Ostatni tydzień naszego pobytu spędziliśmy w Los Angeles. Miasto nazywane miastem aniołów, marzeń, filmów, gwiazd ale również bezdomnych koczujących na plaży i zarabiających na ulicy.
Z własnego doświadczenia postaram się napisać kilka praktycznych wskazówek, które mam nadzieję, że pomogą Wam w pierwszej podróży do LA. Jeżeli macie własne doświadczenia, piszcie w komentarzu pod tym postem! Z chęcią przeczytam i porównam do swoich.




























Nocleg - od tego zaczęliśmy przygotowania do naszego pobytu w stolicy showbiznesu. Ceny były zdecydowanie wyższe niż w poprzednich miejscach, w których spaliśmy (no może za wyjątkiem San Francisco). Zdecydowaliśmy się ostatecznie na Airbnb i nocleg u Erica. Bardzo dobra cena za super warunki, wyposażenie i lokalizację. Wybraliśmy tę spokojniejszą część Venice Beach. Blisko mieszkania mieliśmy sklepy (Sainsbury's), plażę (ok. 15 min spacerem) i autobus podmiejski (ok. 7-10 min). Z historii, które zapamiętam, to wracając z plaży pewnego dnia zastaliśmy naklejone pismo na furtkę. Pismo miało charakter prawny i w pewnym momencie baliśmy się, że nas eksmitują (a było dwa dni do odlotu!). Na całe szczęście Eric powiedział, że wszystko załatwi i mogliśmy mieszkać do ostatniego dnia naszego pobytu w USA. W skrócie chodziło o to, że Eric nie poinformował właściciela mieszkania, że podnajmuje jego własność. 

Komunikacja - w LA warto mieć wynajęte auto. Jest to jedno z największych miast w stanie California i wszędzie jest daleko. O dziwo, jak na USA, komunikacja miejska jest bardzo kiepska. Słabo rozwinięte metro, mała ilość połączeń autobusowych, zmuszająca do częstych przesiadek. Główne atrakcje miasta są porozrzucane, dlatego auto jest najlepszym rozwiązaniem. My w LA auto mieliśmy tylko 2 dni, więc wykorzystaliśmy je na maxa. 

→ Wykorzystując samochód, zwiedziliśmy słynny znak HOLLYWOOD. Wzgórza Hollywood, mieszczą się w paśmie gór Santa Monica, w miejscu zdominowanych przez domki jednorodzinne, gdzie na prawie każdym podjeździe stoi charakterystyczny Range Rover. Bezpośrednio pod sam znak nie wjedziemy, jest to wygrodzony i chroniony teren z zakazem wstępu, za złamanie zakazu grożą spore kary. Oczywiście można to obejść, uzyskując zgodę od właściciela terenu, ale my nie mieliśmy czasu na takie sprawy. Jeżeli jednak Wam zależy, spróbujcie. Ja jednak polecam wybrać się drogą Deachwood Canon Drive, zaparkować auto i przy oznakowanym miejscu podejść wyżej na miejsce wyznaczone do robienia zdjęć. Nie ma dużej ilości turystów, więc każdemu powinno się udać zrobić idealne zdjęcie. 


Po słynnym znaku, warto wybrać się do miasta Beverly Hills 90210! Piękne! Najważniejszym miejscem dla wielu gwiazd jest Rodeo Drive, gdzie witryny sklepowe to dzieła sztuki, a elewacje sklepów to projekty artystyczne. Pomimo, że pewnie koszt wyposażenia witryny był większy od wydatków poniesionych przez całą naszą czwórkę, to na pewno warto iść to zobaczyć. Beverly Hills pomimo bogactwa, ma swój urok. Charakterystyczna z filmów ulica domów bez płotu, z palmami przed wjazdem, a wszystko otoczone zielenią, zadbanym trawnikiem, porządkiem i ciepłem! Jak z filmu!

 
                                   

Po mieście gwiazd filmowych obowiązkowo należy się udać na ich ulubioną ulicę - Hollywood Boulevard. W końcu aleja gwiazd, gdzie odciskały swoje dłonie największe sławy, to musi być coś super! Czy tak jest? Każdy ma swoją opinię. Na mnie osobiście ulica ta nie wywarła żadnego spektakularnego wrażenia. Na pewno trzeba zajrzeć do Dolby Theatre, to właśnie tam jest słynny czerwony dywan i odbywa się coroczna gala wręczenia Oscarów. Na przeciwko jest El Capitan, miejsce realizacji programu Jimmy Kimmel Live! (Marta pamiętam!). Kolejnym obowiązkowym przystankiem jest Teatr Chiński Graumana, przed którym są odciski dłoni i stóp wielu gwiazd. Można porównać swoją długość stopy ze stopą De Niro, Michaela Jacksona czy Jennifer Lawrence. Oprócz tego możecie tam spotkać przebranych aktorów łudząco podobnych do tych prawdziwych (Jack Sparrow ewidentnie się sklonował), sklepy z pamiątkami są tak wyposażone, że nawet nic nie kupując trzeba tam wejść (nie dotyczy Majkiego, który kupował wszystko 😂). 
 

 

 




Nie zapominajmy, że to właśnie w USA są najlepsze wyprzedaże. Nie mogliśmy pominąć miasteczek outletowych oddalonych kilkanaście kilometrów od miasta. Po szybkiej weryfikacji wybraliśmy Citadel Outlet. To co ujrzały moje oczy, przeszło moje najśmielsze oczekiwania. To było miasteczko sklepowe, nie jedno wielkie centrum, tylko kilka budynków i we wszystkich wyprzedaże. NIEBO! Naprawdę odczuwalna jest różnica w portfelu, gdzie za koszulkę Calvin Klein w Polsce płaci się ponad 200 zł, a tam ... $15. Przeznaczyliśmy na zakupy tylko 2 godziny, co okazało się zdecydowanie za mało, ale dla naszych bagaży był to jednak dobry wybór. Gdyby nie czas, to różnicę cenową wyrównałaby dopłata za nadbagaż, której na szczęście udało się uniknąć. Cud!

→ Komunikacją miejską podróżowaliśmy z lotniska po oddaniu samochodu i na lotnisko w dniu wylotu. Poza tym wybraliśmy się tylko raz na całodzienną wycieczkę do Universal Studios Hollywood. Odnośnie parku zrobię osobny wpis, bo był to jeden dzień pełen wrażeń. Bilety na metro i autobus kosztowały w okolicy $2. Warto pamiętać, że w autobusach należy mieć odliczoną kwotę, ponieważ kupujesz bilet u kierowcy w specjalnym automacie. W metrze musisz dokupić kartę, na którą dokupujesz tylko bilety. Metro łączy się z koleją naziemną i przez to bardzo wolno jeździ, jak na pociągi podziemne, do których jesteśmy przyzwyczajeni w Europie. 


Nie zapominajmy jednak, że Los Angeles to nie tylko filmy, gwiazdy i showbiznes, ale też mega plaże! Tak szerokich, piaszczystych i czystych plaż to nigdy w życiu nie widziałam. Wzdłuż wybrzeża warto wybrać się na wycieczką rowerową. Wypożyczalni na deptaku przy plaży jest mnóstwo, zalecam jednak przed zakupem sprawdzenie amerykańskiego Groupona. My skorzystaliśmy z tej opcji i kilka dolarów mieliśmy w kieszeni. Przejażdżka po plażach i ujrzenie różnicy charakteru, kultury poszczególnych dzielnic będzie fajną odskocznią. Polecam jednak kremy z dużym filtrem i ubrać ciuchy w miarę równomiernie, aby nie opalić się na dziwaka! Rowerem dojedźcie aż do Santa Monica Pier, czyli słynnego molo, gdzie kończy się historyczna Route 66. Przy molo znajduje się park rozrywki z diabelskim młynem, ale również knajpa oddająca hołd Forrestowi Gumpowi "Bubba Gump Shrimp" wraz ławką i butami Forresta!



Każdy z nas chyba oglądał słoneczny patrol, więc na plażach nie mogło zabraknąć budek ratowników. Budki były zazwyczaj puste, więc nie ma problemu ze zrobieniem zdjęcia, szczególnie po zachodzie słońca. Na sam zachód niestety nie zdążyliśmy. Do dzisiaj nie wiem, dlaczego 🙈. W ciągu dnia na plaży można spotkać surferów (zero parawanów, może pomysł na biznes w USA?), biegaczy ale i amatorów sportów wodnych, czyli takich jak nas. Prawie rok po wyjeździe okazało się, że deskę, którą znaleźliśmy u Erica w ogródku, stosowaliśmy w niewłaściwy sposób. Zabawa jednak była przednia! Plażowaliśmy głównie na Venice Beach. Jadąc z Santa Monica, gdzie wszystko było dograne na ostatni guzik, nagle BOOM! zderzenie z rzeczywistością i wchodzimy w świat ulicznych wyjadaczy, bezdomnych mieszkających pomiędzy palmami i sprzedających rozmaite suweniry, ale i muzyków grających na pianinie. Oczywiście zapach unoszącego się zielonego dymu jest nieodłączny, więc od razu poczujecie gdzie jest granica łącząca SM z VB. Idąc, mijają Cię deskorolkarze, wrotkarze, grafficiarze, więc na pewno nie można odmówić klimatu tej części LA.





Wyżywienie - niestety nie powiem za wiele na temat jedzenia na mieście. Z racji tego, że mieliśmy mieszkanie z kuchnią, to gotowaliśmy sami. Mogę na pewno polecić uliczne TACOS! Robione przez rodowitych Mexico na ulicy z dodatkami, które sobie wybierasz. U nas w życiu by sanepid tego nie dopuścił, ale tam? Za $1,2 zjadasz pyszne TACO (z ostrym ostrożnie).

Jeżeli macie chociaż tydzień wolnego i trochę gotówki lećcie do LA, bo warto. Porównując do wschodniego Miami, to zdecydowanie wybieram Los Angeles. Lepszy klimat, piękniejsze plaże i ludzie jacyś fajniejsi. A może wyhaczy Was jakiś producent filmowy 😀? Jeżeli miałabym wskazać wymarzone miejsce do zamieszkania, to na pewno byłoby to Beverly Hills - idealna baza do weekendowych wypadów do Yosemite. O Yosemite National Park przeczytasz →tutaj←.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz